Ks. Jan Zimny

Wywiad z Grzegorzem Kowalskim

„Być ojcem”

Ostrowiec Świętokrzyski

  1. Jest Pan ojcem wielodzietnej rodziny. Czy mógłby Pan coś więcej powiedzieć o swojej roli w rodzinie jako ojciec, mąż?

To dobre pytanie bo dzisiaj z powodu zamieszania jakie na ten temat panuje w mediach, utraty wzorców kulturowych, czy silnych tendencji w dążeniu do zrównania roli kobiety i mężczyzny, trudno odnaleźć się w roli męża i ojca. Ja miałem tę łaskę, pomoc od Kościoła, która w pewnym momencie mojego życia pomogła mi wchodzić tę rolę. Na pewno pierwszą rzeczą jest dbać o jedność małżeńską. Jest ona fundamentem i ma być monolitem w który nic nie może się wbić, nawet dzieci. One mają takie zapędy, aby coś „ugrać” dla siebie, zdobyć afekt matki lub ojca, który można potem wykorzystać. Dlatego nie poddajemy nigdy ważnych spraw pod demokratyczne głosowanie. Są w ogóle pewne sprawy, z którymi nie dzielimy się z dziećmi. Mimo tego, że mamy dziewięcioro dzieci, są w naszym domu miejsca (jak sypialnia) i tematy, zarezerwowane tylko dla nas. To bardzo ważne, bo gdy dzieci czują jedność swoich rodziców, (a mają na to „węch” wyczulony), to jest to dla nich bardzo mocne oparcie. Pozwala ono uniknąć im wielu niepokojów, znosić porażki, niepowodzenia i wychodzić z infantylności. Ojciec musi o to dbać. Ja jako głowa rodziny staram się czuwać, aby robić to z czym mam największy kłopot, to znaczy podejmować decyzje. Powiedziałem jako głowa rodziny, bo żadne państwo się nie ostoi jeśli będzie miało dwa ośrodki decyzyjne, tak i rodzina musi mieć głowę. Ale dzisiaj jest z tym problem, bo wiele kobiet ukuło takie powiedzenie, że szyja głową kręci i to jest podstawą wielu problemów w rodzinie z alkoholizmem włącznie. Bo jak się odbierze tą naturalną, daną od Boga predyspozycję mężczyźnie, to zostaną mu ciapki, rybki i kieliszek w barze gdzie czuje się kimś (jeżeli w domu czuje się nikim).Mnie tez się wydawało, że może żona zrobi to lepiej, bo bałem się wziąść odpowiedzialność za moje decyzje, ale też dzięki cierpliwości mojej żony zacząłem stawać się głową. Dlatego bardzo wiele zależy od kobiety, aby była gotowa poddać się temu co w głębi naturalnie czuje, a św. Paweł mówi o tym w liście do Efezjan (Ef 5,22-28). Jest taki piękny midrasz o Maryi i Józefie, który robi pewien wyrzut swej dziewiczej oblubienicy, że nie powiedziała mu o swym brzemiennym stanie, a na to Maryja, „kimże ja jestem, żeby wtrącać się w relacje miedzy tobą a Bogiem”. To jest to co czyni małżeństwo zdrowe, decyzje podejmuje mąż, opierając się o szukanie woli Boga, a żona mu w tym pomaga i tak usiłujemy robić. Kobieta wcale nie jest przez to gorsza, jak wielu niesłusznie uważa po prostu jest na swoim miejscu, a to przyniesie jej chwałę. Dlatego mówiłem na początku o tym, że opieramy się o wartości chrześcijańskie, bo jak inaczej można tak żyć?
Zresztą przywołany tu św. Paweł mówi nie tylko o tym, że żona ma być poddana mężowi, ale „ mężowie miłujcie swoje żony jak Chrystus Kościół”. Wiadomo Chrystus oddał życie z tej miłości i ja jestem wezwany do tego. Dla mnie znaczy to w codziennym życiu, żeby gdzieś rezygnować ze swojego „ja”, które ma ochotę rozsiąść się wygodnie w tym życiu (np. przed telewizorem ) podczas gdy żona zasuwa przy dzieciach. Jestem wezwany do bezustannego łamania moich wizji na życie. I dzięki Bogu bo zgniłbym niechybnie we własnym egoizmie gdyby nie ta liczna rodzina, której potrzeby wyrywają mnie z myślenia o sobie. A to jestem jak taksówkarz, który 20 razy na dzień rozwozi dzieci po szkołach, a to czasem trzeba wstać o 4 rano żeby zarobić na utrzymanie chociaż się nie chce, albo obciąć akurat któremuś z dzieci włosy, coś przeczytać na dobranoc, pomóc w lekcjach i to prawie zawsze wtedy kiedy chce się nareszcie odpocząć. Zobaczyłem w świetle tych słów św. Pawła, że aby kochać żonę nad swoje życie muszę rezygnować często z życia dla siebie. Na przykład mnie się podarły spodnie i żonie też, pieniędzy starczy na razie na jedne, to ja mam chodzić na razie w podartych. Ja nie jestem absolutnie sam z siebie do tego zdolny, aby rezygnować ze swoich potrzeb na rzecz innych, nie zostałem do tego wychowany. Ale kiedy Bóg mi przychodzi z pomocą to tak. Muszę powiedzieć, że zobaczyłem prawdziwość ewangelii właśnie wtedy gdy tracąc coś ze swojego „ja”, tak naprawdę zyskałem. Czy nie o tym mówi Ewangelia? „ kto traci życie z Mego powodu ten je zyska, a kto będzie chciał je zachować ten je straci”. Ja chciałem żyć dla siebie, zachować to życie i w tej pokusie zawsze przeszkadzała mi myśl o więcej niż jednym dziecku. Ale ten sposób egzystencji zaprowadził mnie do nikąd, w bezsens. Teraz po latach jako ojciec wielodzietnej rodziny odkryłem w tym drugim sposobie życia, jakby w jego stracie, głęboki sens i radość.

  1. Dziś dość często spotyka się opinie, że życie rodzin w obecnych czasach a szczególnie wychowanie dziecka to trudne i poważne zadanie. Jak ta kwestia wygląda w Pana rodzinie?

Zacznę jeszcze raz od tej jedności. Małżeństwo jest tez pewnym obrazem. Obrazem miłości Boga do człowieka. Jak możemy opowiadać o niej dzieciom jeśli nie zobaczą jej u nas?
W wychowaniu dzieci najważniejszą rzeczą jest przekazanie osobistego doświadczenia Boga jakie mają rodzice.
Nie można tego zrobić jeżeli dzieci nie widzą naszej osobistej relacji z Bogiem. Dzieci bardzo alergicznie reagują na moralizm i teorie. Jeżeli ja będę kazał dzieciom np. czytać Pismo Św. , a sam nie będę tego robił nic z tego nie będzie. Dzieci są bystrymi obserwatorami. Bardzo dobrą formą jest domowa liturgia jutrzni, która staramy się celebrować w niedziele. Jest to modlitwa z brewiarza opierająca się na psalmach co akurat dobrze nam wychodzi bo 70% rodziny jest muzykująca. Istotny tutaj jest dialog w jaki można wejść z dziećmi i zachęcać je do szukania odpowiedzi na pytanie, czy historia zbawienia ma coś wspólnego z moim życiem. Młodsze dzieci można tez katechizować polecając im wykonać rysunek, starsze mogą uczyć się fragmentu Pisma na pamięć. Na koniec wspólnie tańczymy i częstujemy się słodyczami co bardzo przemawia do dzieci jako znak święta. Ta liturgia daje też dobry obraz roli ojca, który ja prowadzi i matki zajmującej stanowisko jakby w cieniu, wynikające z roli kobiety. To jest bardzo ważne, aby matka pokazała godność kobiety córkom i , że wcale nie leży ona w zajmowaniu roli głowy rodziny jak jest w wielu domach. Matka powinna kojarzyć się dzieciom z ciepłem, a ojciec z poczuciem bezpieczeństwa i obowiązkiem. Ojciec ma dać rodzinie coś pewnego. Można to nazwać kręgosłupem moralnym. Bez tego dzieci nie złapią odniesienia do Boga. Opowiadał mi pewien misjonarz z Białorusi, pracuje on tam gdzie dużo rodzin jest rozbitych i dzieci nie znają swoich ojców. Te dzieci nie mogły nawet zrozumieć modlitwy „Ojcze nasz”. Bez mocnej figury ojca dzieci będą zniewieściałe, przesadnie związane z matką. Chcę przez to powiedzieć, że źle mogą rozumieć miłość, przywiązując się do matki idolatrycznie. Moje zadanie jako ojca to czuwać nad tym. Dlatego do mnie dzieci przychodzą po pieniądze, ja chodzę na wywiadówki, mam też miejsce przy stole na którym nikt inny nie usiadzie i żona podaje mnie pierwszemu jedzenie. Nie dlatego, że jestem jakimś sułtanem, ale są to pewne atrybuty ojcostwa. Dzieci je dobrze rozumieją. Do mnie należy także karcenie dzieci, bo kogo ojciec nie karci tego nie kocha. Dzisiaj mamy do czynienia z modą na wychowanie bez karcenia. Pozwolić dziecku spełniać wszystkie jego zachcianki, to wyrządzić mu wielka krzywdę. Tak jak nas Bóg przez doświadczenia ciosa z miłości, abyśmy się nie zmumifikowali w naszym drobnomieszczaństwie, tak potrzeba korygować dzieci. Mnie podoba się takie zdanie z mądrości Syracha; „Pieść dziecko a wprawi cię w osłupienie”. Naprawdę widziałem już osłupiałych rodziców. Co oczywiście nie oznacza, że nie jesteśmy czuli do swych dzieci. Wszystko ma swój umiar i czas.
Jeśli chodzi o inne aspekty wychowania to ustawią się na swoim miejscu jeśli ten najważniejszy element będzie na pierwszym miejscu. Wszystko co dobre w wychowaniu bierze początek z przekazu wiary. Ważne tez jest przyznać się do słabości nawet przed dziećmi, ale pokazać jednocześnie miłość Boga np. prosząc o wybaczenie jakiegoś błędu i samemu wybaczać. Oczywiście nie dzieje się to automatycznie, ja jestem słabym człowiekiem i widzę jak często po prostu nie mam miłości, ale prosimy Boga aby dał nam zawsze łaskę pojednania kiedy się pokłócimy, aby dzieci tez to widziały.

  1. Życiu każdej rodziny towarzyszą zarówno radości jak również różnego rodzaju chwile smutne, trudne. Czy mógłby Pan przybliżyć nam ten temat na kanwie Pana rodziny?

To prawda. Nasze życie nie jest usłane różami, ale krzyżami, zresztą już na chrzcie jesteśmy tym znakiem naznaczani. Zupełnie inaczej się znosi trudności jak się ma podaną naukę o krzyżu i w tym aspekcie przeżywa się te doświadczenia. Dzisiaj Europa chce wyrugować krzyż z miejsc publicznych, ale tu nie chodzi o sam znak, ale o sposób przechodzenia kryzysów i niepowodzeń jakie dotykają każdego człowieka. Pozbawić się wchodzenia w krzyż choroby, braków, samotności, śmierci, bez Chrystusa, to tragedia. Dlatego dziś tak wiele samobójstw, a depresja to już choroba naszej cywilizacji. My staramy się wzywać Boga na pomoc i widzieć w trudnościach normalny aspekt życia „ kto chce iść za mną niech weźmie swój codzienny krzyż i niech mnie naśladuje”. Choć ciężko się robi na sercu jak dziecko idzie do szpitala, czy ktoś z rodziny cierpi. Nie wszystko można wytłumaczyć i podać gotową receptę, ale jedno w tym wszystkim jest dobre, gdy wołamy o pomoc do Chrystusa nawiązujemy z Nim relacje. I muszę powiedzieć, że nigdy Chrystus nas nie zostawił.

  1. Jak mi wiadomo, rodzina Pana jest bardzo aktywna na wielu odcinkach szeroko pojętego życia społecznego w tym parafialnego. Proszę scharakteryzować ową aktywność na tym odcinku.

W dzisiejszych czasach rodzenie dzieci to chyba najlepsze działanie przeciw aborcji, a wychowanie chrześcijańskie to przysparzanie Kościołowi nowych członków. Jesteśmy gotowi służyć Kościołowi w Ewangelizacji zarówno w naszej jak i w innych parafiach. Ostatnio uczestniczymy w projekcie zainicjowanym przez naszego biskupa Krzysztofa Nitkiewicza dotyczącym pomocy rodzinie, kursach przedmałżeńskich czy katechizacji kandydatów do bierzmowania.

  1. Nie można pominąć faktu, że cała Pana rodzina to osoby utalentowane muzycznie. Od 2002 roku tworzycie zespół muzyczny, który ma wiele osiągnięć w skali kraju. Jaka jest misja tego zespołu?

To nie jest zespół, którego celem jest dostarczenie rozrywki. Takich kapel jest całe mnóstwo i dobrze bo ludzie potrzebują się też zabawić. „ Siostry Jeremiasza” powstały, aby za pomocą muzyki i tekstu skłonić słuchaczy do pewnej refleksji nad życiem, nad tym wszystkim o czym już wspomniałem. Nasza sztandarową piosenka jest „Rodzina”, w której padają takie słowa „ jak wychowasz dobrze malców to nie skończysz w domu starców”. Europa się starzeje, współczynnik dzietności wynosi mniej niż 2,1 co jest minimum zastępowalności pokoleń. Muzułmanie maja 8,3. ZUS wisi na włosku, zagrożona jest nasza tożsamość chrześcijańska, domy starców pełne ludzi czujących się odrzuconymi pękają w szwach. A wiec jest to misja bo trzeba zaistnieć w przestrzeni medialnej żeby głośniej o tym mówić. Stąd zespół. Czy to na rekolekcjach, czy na rynku miasta, na stadionie w radiu, TV, gdzie się znajdziemy o tym mówimy.

  1. Coraz częściej spotykamy się z krytyką tego, co zwie się katolickim. Co stanowi fundament w życiu Pana rodziny, mam na uwadze wartości, jako nieodzowny element bycia dziś katolikiem?

To już chyba zostało powiedziane. Po prostu być katolikiem to piękne przeżywanie życia. To trzeba pokazać bo ci co krytykują też cierpią i szukają jakiegoś rozwiązania swoich problemów. Jest tylko ta trudność, ze wchodzenie w polemikę nic nikomu nie da. Dlatego liczy się świadectwo.

  1. Jakie przesłanie Pan chciałby skierować do ojców a także ludzi młodych, którzy dopiero planują założyć rodzinę?

Niech nie boja się zaryzykować z Chrystusem. Dziś wiele osób woli siedzieć u mamusi niż podjąć wysiłek odpowiedzialności za rodzinę. Być ojcem to jakby reprezentować Boga w rodzinie i przekazać ten depozyt wiary swoim dzieciom. Świat na to czeka, a Bóg będzie z nami w tej pięknej misji.